Menu

















Wstaje dzień
Przez rozchylone skrzydła nocy
Wypełza zamglone oko świtu.
Trwa jeszcze cisza snu,
A już pierwszy krzyk ptaka
W mroku
Przyzywa słońce.

W szarym ogrodzie
Śpiew szarego ptaka,
O szarym świcie,
Szarych ludzi budzi.
Szarość wypełza
Z szarych zakamarków
 Podświadomości.
Na granicy
 Szarych snów,
Budzi się szare życie,
Które będzie piękne,
Kiedy pokocha
Tęczę.

Życie...

Niekończący się

Ciąg zdarzeń

Wypływający

Z podświadomości

Istnienia...

Radość bycia,

Szczęście wybaczania,

Kwintesencja

Radosnej akceptacji.

Kiedyś to gwiazdy świeciły srebrzyście i księżyc też urok swój miał.

Jesienią złote opadały liście, gitarzysta bluesy swe grał.

I ja byłam wtedy niezupełnie taka, jaką dziś widzicie mnie;

Biegałam nocą do swego chłopaka, nie spałam, o nie!

Ach, to był czas! Młodość nigdy nie wierzy w szarości,

Bo w oczach ma czas uniesień, szalonej miłości.

I wierzy, że ma świat cały pod swymi stopami,

I będzie wciąż gitarzysta ze swymi bluesami.

Ale te gwiazdy srebrzyście świecące po latach utracą swój blask.

Odejdą słowa miłością tętniące i nadejdzie bezbarwny czas.

Gitara zamilknie, zapomni o bluesie, jej zerwane struny zje rdza.

I w mroku powoli zanurza się dusza, choć coś w sercu gra

Ach,  czas,  młodość...

I szkoda, że nie mam świata pod swymi stopami

Gdzie byłby wciąż gitarzysta ze swymi

bluesami.